Urzędy

WYKOŃCZONY PRZEZ SKARBÓWKĘ

5 lutego 2015

Stefan Żogała, kiedyś przedsiębiorca, dziś bankrut. Miał kilkanaście ciężarówek w leasingu oraz kilka własnych, kilkudziesięciu kontrahentów, a także duży kontrakt m.in. z Elektrownią Połaniec. Fiskus go zniszczył, doprowadził do bankructwa jego firmę, a później wycofał się z zarzutów. Były przedsiębiorca żąda 16 milionów złotych odszkodowania. Jak się Państwo zapewne domyślają, proces ciągnie się latami.

Od 1985 roku Stefan Żogała wraz z żoną prowadził „Zakład Handlowo-Usługowo-Produkcyjny Stefan Żogała” w Łubnicach (woj. świętokrzyskie). Głównym źródłem dochodu firmy był transport węgla, paliw i innych materiałów. W ciągu 20 lat stali się jedną z największych firm transportowych w województwie. Przedsiębiorca wygrywał w konkursach gospodarczych, został również wyróżniony przez Urząd Skarbowy w Staszowie jako wzorowy płatnik.

W przypadku firmy transportowej zapotrzebowanie na paliwo jest ogromne, tak więc, Stefan Żogała podpisał umowy z hurtownikami, m.in. ze Śląska. W związku z tym, że był ich dużym klientem, to postawili mu w jego bazie kontenery na olej napędowy z dystrybutorami. Przedsiębiorca tankował pojazdy swoje i podwykonawców.

Biznes szedł pięknie, aż do maja 2004 roku, kiedy do firmy zawitały dwie urzędniczki z Urzędu Kontroli Skarbowej w Staszowie. Przedsiębiorca przyjął ich wizytę jako jedną z wielu, bo kontrole, jak powiedział w jednym z wywiadów, to „normalka”. Jednak tym razem, to nie była „normalka”. Jedna urzędniczka na wejściu stwierdziła, że przedsiębiorca dokonuje fikcyjnych transakcji paliwem. A już we wrześniu tego samego roku Urząd Skarbowy w Staszowie zablokował przedsiębiorcy konta bankowe za rzekomo niezapłacone podatki. Co więcej, fiskus wysłał informacje do dziewięciu największych kontrahentów Żogały, aby wszelkie zobowiązania pieniężne uiszczali już nie na konto firmy, a na konto urzędu skarbowego. To zobowiązanie wynosiło ok. 2 miliony złotych! Te dwa posunięcia, które od razu zrujnowały firmę, spowodowane były wnioskiem wysnutym przez Naczelnika US w Staszowie. Otóż uznał on, że w latach 2002-2003 firma Żogały sprzedawała paliwo tylko na tzw. „papierze”, po to by wyłudzić podatek VAT. I naliczył prawie 200 tysięcy złotych długu. A jak Naczelnik wyobrażał sobie, że przedsiębiorca mógłby uiścić tą kwotę długu, skoro zablokowali mu konto bankowe i źródło dochodu? Czy fiskus myślał, że przedsiębiorca taka kwotę trzyma w skarpetce, czy może pod poduszką?

„O, w końcu mamy mafiosa paliwowego z Kieleckiego!” – takie słowa usłyszał Stefan Żogała na przesłuchaniu, z ust Bogdana Święczkowskiego, prokuratora ds. przestępczości zorganizowanej Prokuratury Okręgowej w Katowicach. Przedsiębiorca jeździł kilkakrotnie do Katowic z dokumentacją potwierdzającą, że posiada on legalny dystrybutor z odczytami, potwierdzeniami numerów rejestracyjnych wszystkich pojazdów, które zostały zatankowane wraz z podpisami kierowców. Zapewniał, że ma legalny kontener w bazie, że można to sprawdzić. Jednak nikt nie pofatygował się, by zobaczyć te dokumenty, czy pojechać i na własne oczy zobaczyć ten kontener.

Miesiąc później pełnomocnik Stefana Żogały napisał odwołanie o następującej treści: „Urząd Skarbowy nie zgromadził żadnego materiału dowodowego, wydano decyzje pozostające w sprzeczności ze stanem faktycznym, przekroczono granice swobodnej oceny dowodów. Zastosowano drastyczny środek zabezpieczający – równoznaczny praktycznie z upadkiem firmy”. Jednak Izba Skarbowa nadal podtrzymywała decyzje US w Staszowie.

Przedsiębiorca nie poddawał się. Chociaż jak to w branży transportowej, jak tylko firma miała problemy ze skarbówką, to kontrahenci się od niej odsuwali, by uniknąć kłopotów. Żogała co miesiąc miał do spłacenia 75 tysięcy złotych rat leasingowych oraz 14 tysięcy złotych kredytu. By spłacać raty, zaczął wyprzedawać swój majątek: działkę, auta osobowe, naczepy, ładowarki. Następnie oddawał wyleasingowane ciężarówki, aby zmniejszyć raty. Ostatecznie zerwał umowy leasingowe i zostawił tylko jeden samochód, by mieć jak zarobić na chleb. Po roku i tak firma leasingowa zabrała ostatnią ciężarówkę.

We wrześniu 2007 roku sąd ogłosił upadłość firmy Żogały.

Były przedsiębiorca zatrudniał 40 osób, a dzięki jego zleceniom kilkaset innych miało pracę. Jak sam powiedział: „Pracownikom wypłaciłem wszystko, co do złotówki. Na jedzenie mogło nie być, ale z ludźmi trzeba się rozliczyć”.

Kiedy firma już praktycznie nie istniała, to wszystko zaczęło się wyjaśniać. Decyzję staszowskiej skarbówki uchylił Wojewódzki Sąd Administracyjny. Stwierdzono, że urzędnicy podjęli decyzję nie dysponując wystarczającą ilością dowodów, co więcej, nie zachowali skrupulatności, a zablokowanie kont bankowych było działaniem niewspółmiernym do rzekomego długu. I tak fiskus zaczął się wycofywać po kolei ze wszystkich zarzutów. W sprawie VAT, już nie żąda 200 tysięcy złotych, a 214 złotych – za jakiś dywan do biura. Żogała wygrał również sprawę w Sądzie Rejonowym w Staszowie, w której został oskarżony przez tamtejszy US za uporczywe niepłacenie podatków. Sąd uniewinnił byłego przedsiębiorcę uzasadniając, że „Żogała nie płacił podatków do urzędu skarbowego, bo doprowadził go do tego… urząd skarbowy”. A to ciekawostka, czyż nie?

Stefan Żogała domaga się ok. 16 milionów złotych odszkodowania. Został skrzywdzony, a oczywiście nie usłyszał nawet żadnego „przepraszam”. Decyzje, które doprowadziły do bankructwa firmy były realizowane w bardzo krótkim czasie, natomiast jeśli chodzi o wyrządzone szkody, to zapewne się Państwo domyślają, że już tak szybko nie są one naprawiane.

Czy ktoś z urzędników poniósł jakąkolwiek odpowiedzialność za błędy? Myślę, że odpowiedź na to pytanie, jest nam wszystkim bardzo dobrze znana.

Źródło: Wyborcza.pl

Zobacz także

Brak komentarzy - Twój może być pierwszy

Dodaj komentarz