Prawo na Lewo

Biznes w eurokołchozie cz. VII

4 sierpnia 2014

Prowadzenie biznesu w naszym przecudnym kraju nie jest łatwe. Prawdę tą poznają coraz większe rzesze osób pragnących „pójść na swoje”. Pomimo szeregu „usprawnień” w procedurach zakładania firmy wprowadzanych przez kolejne ekipy rządzące Najjaśniejszą nadal formalności to przysłowiowa droga przez mękę.

Jeżeli Pan Iksiński zamierza prowadzić biznes na większą skalę aniżeli handel pietruszką musi przygotować się nie tylko na szereg formalności, poznanie wielu urzędników ale również na niespodzianki. Niespodzianki te wynikają min. z braku spójności zapisów wielu systemów funkcjonujących w rodzimej administracji państwowej. Zgodnie z założeniami polityki informatyzacji państwa instytucje i organy państwa posiadają szereg baz elektronicznych, w których gromadzone są przeróżne informacje. Wszyscy znamy system PESEL, który przydziela każdemu nowonarodzonemu obywatelowi Najjaśniejszej numerek i koduje jego dane osobowe. W sumie jest to całkiem fajne, że w wielu urzędach posługujemy się tym samym zestawem cyferek przy załatwianiu spraw. Natomiast fajne nie jest to, że różne urzędy i instytucje posługują się bazami zawierającymi odmienne dane dotyczące tych samych wartości. Podam przykład firmy X z Łodzi. Obecnie jest ona w fazie rozwijania działalności i nawiązywania nowych kontaktów. Właśnie udało się pozyskać klienta (nazwijmy go Z) na sprowadzane z zagranicy towary objęte systemem EMCS. EMCS to System Przemieszczania oraz Nadzoru Wyrobów Akcyzowych i wykorzystywany jest do przemieszczania wyrobów akcyzowych (energetycznych, napojów alkoholowych, wyrobów tytoniowych) w procedurze zawieszenia poboru akcyzy (bez zapłaconego podatku akcyzowego).

W systemie tym klient sprzedający wypełnia zgłoszenie (elektronicznie) o przemieszczeniu towaru z punktu a do b i wszystkie zainteresowane strony oraz instytucje otrzymują o tym informacje automatycznie. I wszystko byłoby cacy, gdyby nie „babol” pracownika jednego z urzędów. Dane polskich firm funkcjonujących w systemie EMCS wprowadzane są przez urzędników na podstawie przedłożonej przez zainteresowanego koncesji. Wprowadzając dane urzędnik nie sprawdził dokładnie w dokumencie źródłowym danych adresowych firmy Z – kontrahenta naszej firmy X i wprowadził do systemu błędny adres (nie numer budynku lub posesji lecz całkowicie inną miejscowość). Kooperant zagraniczny sprawdzając w bazie firmę Z stwierdził, że taka firma nie istnieje. Jednocześnie firma X wysłała swojego spedytora po towar wykładając również na ten towar pieniądze. W tym momencie sytuacja zaczęła się komplikować, bo towar nie może być wysłany bez wprowadzenia danych w system, a miejsce docelowe nie istnieje.

Przyczyną zaistniałej sytuacji jest, jak już wskazaliśmy powyżej, błąd urzędnika wprowadzającego dane do systemu. Bardzo często zdarzają się sytuacje, kiedy osoba „wklepująca” dane pomyli się. Błądzenie jest rzeczą ludzką i nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Jeżeli dotyczy to literówki czy tzw. czeskiego błędu to pikuś. Tego typu błędy można szybko sprostować (w formie np. decyzji administracyjnej o oczywistej omyłce pisarskiej). Natomiast czasami zdarza się że urzędnik z lenistwa, czy po prostu lekceważąc swoje obowiązki nie doczyta w dokumencie źródłowym odpowiednich danych lub niewłaściwie je wprowadzi. Rozbieżności w dokumentach to rzecz normalna w naszej rzeczywistości. Nie jest to ciekawe dla osoby zainteresowanej, kiedy zapragnie (albo jest zmuszona) dokonać jakiejś czynności urzędowej. Wtedy zaczyna się cyrk. Okazuje się, że nagle machina urzędnicza wciąga takiego niewinnego przecież petenta w swoje tryby i mieli go na miazgę. Odbija się taki człek od jednej instytucji do drugiej, a wszędzie mówią że nie ich wina. Kiedy wreszcie uda mu się dotrzeć do właściwego urzędu, w którym błąd nastąpił okazuje się, że np. sprostować błędu od ręki nie można, że to wymaga sprawdzeń i ustaleń (sprawa musi nabrać wagi urzędowej), ale najpierw zainteresowany musi wpłacić np. 100zł opłaty, żeby urząd zabrał się w ogóle za sprawdzenie o co kaman. Po (bezpłatnym) czasie oczekiwania petent dowiaduje się, że aby sprostować ten błąd musi dostarczyć jeszcze dokumenty z innych urzędów (tak jakby urzędnicy nie mogli zadzwonić do swoich kolegów w tych urzędach i poprosić o przesłanie dokumentów mailem albo faksem).

Niestety tak się nie da, przecież łatwiej jest spuścić to na petenta. Jeżeli chce załatwić sprawę (nie chce tylko musi, żeby mógł popchnąć inne sprawy) to sam przyniesie i jeszcze wspomoże skarb państwa drobnymi datkami (a to przecież budżet – a budżet jest cacy). Po dołączeniu pozostałych (czasami niepotrzebnych) dokumentów umęczony klient otrzymuje wreszcie poprawiony dokument i jest szczęśliwy, że w ogóle się udało załatwić sprawę. Nikt nie pomyśli, że tak naprawdę to urząd powinien sam dokonać poprawki, nikt nie policzy kosztów jakie poniósł zainteresowany, żeby wreszcie otrzymać to, co i tak mu się należy. Nikt wreszcie nie obciąży tymi kosztami urzędnika, który popełnił błąd. Niestety taka jest polska rzeczywistość. Rzadko zdarza się, że urzędnik popełniający błąd pociągany jest do odpowiedzialności, najczęściej są to nagany lub upomnienia, nie skutkujące żadnymi sankcjami (tym bardziej finansowymi). Jeszcze rzadziej, zdarza że urząd płaci odszkodowanie. Nikt nie policzył, jakie koszty rocznie ponoszą podatnicy za błędy urzędowe. Nie mówiąc o błędach prokuratur, sądów i innych instytucji, których pracownicy objęci są immunitetami. Ale to już temat na inny felieton.

Autor: Jacek Owczarek

Publikacja: Prawo na Lewo z dnia 19.05.2014

Zobacz także

Brak komentarzy - Twój może być pierwszy

Dodaj komentarz